[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ANDEMO
UPROWADZENIE
Tytuá oryginaáu: „Bergtatt”
ROZDZIAà I
Liv siĊ nudziáa.
JuĪ chyba pora znowu zacząüĪ\ü niebezpiecznie. MoĪna przecieĪĪ\ü tak, by kusiüĞmierü.
JeĞli nie dojdĊ do rogu, zanim zegar na koĞcielnej wieĪy zacznie wybijaü godzinĊ, to umrĊ, myĞlaáa. Ale nie wolno mi biec, muszĊ iĞü najzupeániej
spokojnie, tak by nikt niczego nie zauwaĪ\á. Och, wskazówka juĪ, juĪ dochodzi, o, ratun-ku! Nie zdąĪĊ! Za moment padnĊ tutaj martwa! Jeszcze trzy
kroki... Uff, zdąĪ\áam! Pierwsze uderzenie. Za póĨno, mój drogi zegarze, nie tak áatwo mnie unicestwiü, jak myĞlaáHĞ.
Kolana jej dygotaáy od nerwowego napiĊcia, które dopie-ro co przeĪ\áa. ZmĊczona i zdyszana, lecz szczĊĞliwa, Īe raz jeszcze udaáo jej siĊ uniknąü
Ğmierci, powlokáa siĊ dalej.
Nagle zobaczyáa nadchodząFą z naprzeciwka swą siostrĊ TullĊ; w sáonecznym blasku jasne wáosy lĞniáy jak gloria nad jej gáową. Liv zachichotaáa
cichutko. O rany, a gdyby tak Tul - la mogáa czytaü w jej myĞlach? O wyĞcigu z koĞcielnym ze-garem i Ğmiercią. Tulla by tego nie zrozumiaáa, nie ona,
isto-ta caákowicie pozbawiona fantazji, która myĞlaáa jedynie o tym, jak wypada w oczach innych, i która tak strasznie uwa-ĪDáa, czy dobrze wygląda, i
zawsze wszystko robi tak, jak trze-ba. Uznaáaby pewnie, Īe siostra jest dziecinna. I, oczywiĞcie, miaáaby racjĊ. Ale co czáowiek ma robiü? Kiedy nic siĊ
nie dzieje, trzeba czasem samemu wywoáDü trochĊ napiĊcia.
NapiĊcie! Przygody i mistyczne, trudne do wyjaĞnienia zdarzenia, to byáo Īycie Liv.
- Hej, Tulla, dokąd pĊdzisz?
- Rany boskie, aleĞ mnie przestraszyáa! I jak ty wyglądasz! Czy mama nie zabroniáa ci chodziü w tych dĪinsach? Nie wolno ci siĊ wáóczyü po mieĞcie,
wracaj natychmiast ze mną do domu!
- Zaraz, mam waĪny interes do zaáatwienia. A zresztą to...
Tulla jednak byáa juĪ daleko i Liv ruszyáa przed siebie ze wzrokiem utkwionym w chodnik. Száa po krawĊĪniku i sta-raáa siĊ tak stawiaü kroki, by nie
deptaü po szparach po-miĊdzy páytami. Od czasu do czasu jednak siĊ to zdarzaáo i za kaĪdym razem zmniejszaáy siĊ jej szanse, Īe jeszcze dzisiaj
zobaczy Finna. DziesiĊü skuch oznaczaáo, Īe on siĊ w ogóle nie pokaĪe.
Na szczĊĞcie jednak doszáa do parku akurat w momencie, kiedy skusiáa po raz dziewiąty, zatem dzieĔ udaáo siĊ uratowaü.
Znalazáa wolnąáawkĊ z widokiem na miejsce pracy Fin-na - jak to robiáa kaĪdego dnia przez ostatnie trzy tygodnie, czyli, dokáadnie mówiąc, od chwili,
kiedy wybucháo jej páo-mienne, ale nieodwzajemnione uczucie do Finna. To wáDĞnie byá ów waĪny interes, który miaáa zaáatwiü.
W gruncie rzeczy jednak fakt, Īe jej miáRĞü byáa tak kom-pletnie beznadziejna, nie odgrywaá specjalnej roli. Przeciw-nie, dziĊki temu Īycie staáo siĊ
znacznie bardziej romantycz-ne. Liv wystarczaáo, Īe ma o kim marzyü, Īe jest ktoĞ, z kim w myĞlach moĪe siĊ dzieliü wszelkimi smutkami i radoĞcia-mi,
powierzaü mu swoje tajemnice. A Finn wyglądaá na czáowieka peánego wspóáczucia, takiego, z którym moĪna rozmawiaü o powaĪnych sprawach Bytu.
.áopot polegaá jedynie na tym, Īe dokáadnie tak samo myĞlaáa o wszystkich tych cháopcach, w których siĊ regular-nie zakochiwaáa. Zwykle
zauroczenie trwaáo mniej wiĊcej miesiąc, póĨniej zazwyczaj cháopak zaczynaá dostrzegaü jej wyraĨne uwielbienie i dawaá boleĞnie jasno do zrozumienia,
Īe wszelkie wysiáki pozostaną daremne.
Z Finnem jednak z caáą pewnoĞcią bĊdzie inaczej. On bĊdzie... O rany, to on!
Szybko, trzeba przybraü odpowiedni wyraz twarzy, pa-miĊtaü o gáĊboko smutnym spojrzeniu. Nie zapominaj o swo-jej tajemniczej, tragicznej
przeszáRĞci, Liv! ChociaĪ to wcale nie jest áatwe przywoáywaü wspomnienie tajemniczej prze-száRĞci, kiedy siĊ ma szesnaĞcie lat, wkrótce siedemnaĞcie,
i nosi siĊ nazwisko Larsen. Dla Liv jednak nie byáo rzeczy niemoĪliwych. A juĪ sprawa tajemniczej przeszáRĞci to jej specjalnoĞü. Podrzutek, dajmy na to,
dziecko znalezione w koĞcielnej kruchcie... Prawdziwi rodzice jej nie chcieli... Al-bo cierpiaáa na straszną chorobĊ, szczerze mówiąc byáa ska-zana na
Ğmierü... lecz z uĞmiechem dzielnie cierpiaáa w samot-noĞci, Ğwiat nic nie wiedziaá o jej zmaganiach.
Oczy Liv przybraáy rozmarzony, peáen smutku wyraz, który uwaĪDáa za swoją tajemną broĔ. Finn nadchodzi! Nie patrz w tamtą stronĊ!
Ale oczy jej nie sáuchaáy, zdradzieckie spojrzenie skiero-waáo siĊ tam, gdzie nie powinno. Finn, bardzo oĪywiony, rozmawiaá z kolegą i przeszedá obok
nawet na nią nie spoj-rzawszy.
Dzisiaj takĪe nie! Zawsze to samo. Liv zaczynaáa juĪ tra-ciü wiarĊ w swoją taktykĊ. Nie jest to zdaje siĊ najlepszy spo-sób, chyba nie wystarczy
wyglądaü moĪliwie najbardziej in-teresująco. Ale co w takim razie powinna robiü? Po tym jak na swoim pierwszym szkolnym balu taĔczyáa tylko jeden
je-dyny raz, i to tak zwanego obowiązkowego walca, znienawi-dziáa taĔce. Urodą teĪ raczej mĊĪczyzn nie oĞlepiaáa. Ale co tam! Finn z pewnoĞcią nie
zwraca uwagi na wygląd zewnĊ-trzny, on dostrzeĪe wszystkie jej wyjątkowe wewnĊtrzne wartoĞci.
Spróbowaáa przybraü jeszcze bardziej cierpiący i drama-tyczny wyraz twarzy. UdrĊka psychiczna do granic wytrzy-maáRĞci...
- Dlaczego masz taką naburmuszoną minĊ?
To znowu Tulla przeszáa obok i bezczelnie doáączyáa do Finna i jego kolegi. A na domiar wszystkiego cháopcy sprawia-li wraĪenie zadowolonych, Īe
Mą widzą. Liv zerwaáa siĊ z áaw-ki, przeleciaáa obok trojga niewiernych i poszáa do domu.
Osada Ulvodden byáa centrum okrĊgu. Znajdowaáa siĊ tu stacja kolejowa i szkoáa Ğrednia, w której Liv uczyáa siĊ aĪ do ostatniej wiosny. W tej chwili
nie robiáa nic i czuáa siĊ w tej sytuacji marnie.
Zabudowania Ulvodden stanowiáo kilkanaĞcie domów mieszkalnych, koĞcióá, spora fabryka i jakieĞ przedsiĊbiorstwa rozlokowane wzdáXĪ brzegu
Gáugiego jeziora. Na zboczach gór ponad osadą znajdowaáy siĊ rozrzucone cháopskie zagrody - duĪe i zasobne najniĪej, a im wyĪej, tym mniejsze, które
tuliáy siĊ do skalnych zboczy i byáy prawie niewidoczne.
O nikim z Ulvodden nie moĪna powiedzieü nic záego. I za-wsze ma siĊ do czynienia albo z wujkiem, albo stryjecznym bratem, albo z kuzynką ciotki...
sama rodzina. Larsenowie sprowadzili siĊ w te okolice stosunkowo niedawno i naleĪeli do krĊgów, o których matka Liv mawiaáa „my, ludzie kultu-ralni”,
co Liv uwaĪDáa za okreĞlenie równie mĊtne, jak nie-przyjemne. Pani Larsen, podobnie jak Tulla, chciaáa wracaü do duĪego miasta, Liv natomiast bardzo
dobrze siĊ czuáa w Ulvodden. To prawda, Īe w osadzie niewiele siĊ dziaáo, ale za to byáo tu tyle interesujących i romantycznych miejsc, o których moĪna
byáo wymyĞlaü wspaniaáe, peáne napiĊcia historie. A to Liv umiaáa jak nikt!
-
-
W duĪym pokoju siedziaáa mama z jakąĞ przyjacióáNą. Liv zatrzymaáa siĊ przed drzwiami. Tamte nie zauwaĪ\áy, Īe przy-száa, a drzwi byáy otwarte w
ten ciepáy wrzeĞniowy dzieĔ.
Liv sáyszaáa gáos matki:
- ... jakby Tulla i Liv nie byáy siostrami. Sama wiesz, jaka jest Tulla. Zawsze miáa, zawsze staranna, áadnie ubrana. Na-tomiast Liv... czasami ogarnia
mnie rozpacz. Nikt by nie wie-rzyá, Īe niedáugo skoĔczy siedemnaĞcie lat. UwaĪam, Īe za-chowuje siĊ jak czternastolatka, chociaĪ z inteligencją u niej
wszystko w porządku. Tylko Īe wciąĪ miewa takie dziwacz-ne pomysáy. Czy ty wiesz, co jej ostatnio przyszáo do gáowy?
- Nie. - Gáos tamtej wyraĪDá najwyĪsze zainteresowanie.
- Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy Ğmiaü siĊ, czy páakaü. Ona powiedziaáa swojej koleĪance z dawnej klasy, Īe z jej pochodzeniem wiąĪe siĊ jakaĞ
tajemnica. I Īe wcale nie na-zywa siĊ Larsen! No i co ty na to?
- Jezu Chryste! - jĊknĊáa przyjacióáka zaszokowana.
- No! CzyĪ to nie okropne? Czy teraz siĊ dziwisz, Īe mar-twi mnie ta dziewczyna? Ma przecieĪ taką wspaniaáą rodzinĊ, dostaje takie áadne ubrania
po Tulli, chociaĪ wszystko niszczy niemal báyskawicznie. To dziecko, które parĊ lat temu mia-áo taki cudowny charakter... A teraz, wiosną, musiaáa
odejĞü ze szkoáy! Nigdy w domu nie odwiedzi jej Īadna koleĪanka, nie ma przyjacióáki, wszĊdzie sama, ciągle pogrąĪona w marze-niach, nic nie chce...
Popatrz na TullĊ, powtarzam jej ciągle, ale ona zawsze wtedy odwraca siĊ i znika. I to, Īe z takim upo-rem stara siĊ byü oryginalna... Mnie siĊ to wydaje
jakieĞ dzi-waczne!
- MoĪe to przez wygląd? - zastanawiaáa siĊ przyjacióáka.
- Wygląd? No tak, zawsze byáa bardziej podobna do Ernsta niĪ do mnie - rzekáa matka zamyĞlona. - Ale przecieĪ wca-le nie wygląda Ĩle. Ma przecieĪ
bardzo áadne oczy i zdrowe mocne zĊby. Gdyby tylko chciaáa coĞ ze sobą zrobiü... - mat-ka westchnĊáa. - Jak to dobrze, Īe nie mamy takich
pro-blemów z Tullą.
Liv wĞlizgnĊáa siĊ do kuchni. Czuáa dziwny ucisk w pier-siach i caákiem straciáa ochotĊ na jedzenie. Z poczucia obo-wiązku wypiáa szklankĊ kwaĞnego
mleka, nic wiĊcej nie byáa w stanie w siebie wmusiü. Wstyd jej byáo, Īe podsáuchi-waáa. Kiedy jest siĊ takim beznadziejnym jak ja, to czego in-nego
moĪna siĊ spodziewaü, myĞlaáa rozgoryczona.
Z kieszeniami peánymi jabáek ponownie wyszáa przed dom.
- Czy to ty, moje dziecko? - zawoáDáa mama z pokoju.
- Nie, to tylko Liv - odparáa i trzasnĊáa drzwiami, nie przejmując siĊ matczynym peánym przestrachu okrzykiem: „Liv, co z tobą?”
Na dworze byáo niewypowiedzianie piĊknie: pogodny i ciepáy wrzeĞniowy dzieĔ, páomiennie Īyáte liĞcie opada-áy wolno z drzew i miedzianozáorych
zaroĞli gáogu. Liv po-wlokáa siĊ obojĊtnie w dóá, nad jezioro, i tam w samotnoĞci dáugo báądziáa pogrąĪona w marzeniach. Potem przeszáa na drugą
stronĊ falochronu, przeskakiwaáa z kamienia na ka-mieĔ, przemoczyáa buty, zatrzymywaáa siĊ od czasu do cza-su i ciskaáa kamykami na spokojną,
jakby zrobioną ze szkáa taflĊ wody.
Dawne koleĪanki z klasy zaprosiáy ją na doroczną zabawĊ w szkole w przyszáy piątek. Od wielu tygodni byá to temat wszystkich rozmów, a w miarĊ
zbliĪania siĊ balu podniece-nie rosáo. Liv odpowiedziaáa koleĪankom tak jak zawsze.
- CzyĞcie powariowaáy? - zawoáDáa trochĊ zbyt gáRĞno i ze zbyt wielkim napiĊciem w gáosie. - Nie mogĊ wam przecieĪ robiü wstydu! Nigdy w Īyciu
Īaden cháopak nie zataĔczyá ze mną dwa razy, a ja teĪ nie naleĪĊ do tych, które pojmują kaĪ-dy dyskretny gest.
- Sama zachowujesz siĊ beznadziejnie - powiedziaáa jed-na z dziewcząt. - MyĞOĊ, Īe wystarczyáoby, ĪebyĞ powiedzia-áa do cháopaka coĞ w rodzaju:
Äĩe teĪ odwaĪ\áHĞ siĊ mnie po-prosiü” albo „NaprawdĊ chcesz traciü czas na taniec ze mną”, Īeby siĊ przekonaá, Īe nie jesteĞ zarozumiaáa.
Liv siĊ zarumieniáa. KoleĪanka miaáa ĞwiĊWą racjĊ.
Dlaczego ja nie mogĊ byü taka jak inni, myĞlaáa. Dlacze-go nie mam takich samych zainteresowaĔ jak moje rówieĞni-ce? Dawniej zdarzaáo siĊ, Īe z
ufnym spojrzeniem wyznawa-áa koleĪankom, iĪ bardzo lubi czytaü ksiąĪki o dawno wy-maráych kulturach albo Īe woli StrawiĔskiego niĪ muzykĊ pop,
wna nie czyni takich zwierzeĔ. DuĪo proĞ-ciej jest milczeü i sáuchaü nie koĔczącego siĊ paplania dziew-czyn o cháopcach i o strojach.
Nie Īeby Liv nie lubiáa cháopców, owszem, lubiáa, nawet bardzo, tylko Īe ona chciaáa czegoĞ wiĊcej niĪ zwyczajnego podrywu, którym mogáaby siĊ
przechwalaü. Ona chciaáa mieü cháopca, z którym mogáaby siĊ zaprzyjaĨniü, kogoĞ, ko-mu mogáaby zwierzyü wszystkie swoje marzenia i fa
by jej równieĪ okazywaá takie samo zaufanie.
Ale wĞród znajomych Liv takich cháopców nie byáo. Wszyscy tutejsi máodzieĔcy kaĪGą jej próbĊ filozofowania czy rozmowy na powaĪny temat
kwitowali zawsze tym sa-mym: „CzyĞ ty caákiem zwariowaáa?”
Dlatego w klasie Liv byáa traktowana jako pleciuga wy-myĞlająca najdziwniejsze historie, która zawsze we wszyst-kim utrzymywaáa zbyt szybkie
tempo i mówiáa zbyt gáRĞno. Bo jeĞli czáowiek nie umie zdobyü przyjacióá w inny sposób, to moĪe przynajmniej rozĞmieszaü towarzystwo. To teĪ ja-kaĞ
forma wspólnoty, mimo wszystko.
Liv podniosáa z ziemi bardzo dziwny kamieĔ, jak przypu-szczaáa kawaáek rudy. ZaczĊáa myĞleü o tych bardzo dawnych czasach, kiedy ów kawaáek
rudy powstaá, ale akurat dzisiaj nie umiaáa siĊ nad niczym skupiü. CoĞ ją drĊczyáo, natrĊtne wspomnienie. Nie miaáa ochoty na nic. Sprawiáy to sáowa
matki na temat Tulli, dumy caáego rodu, pierwszej w rodzi-nie, która bĊdzie miaáa maturĊ. Natomiast Liv nawet nie skoĔczyáa szkoáy. CóĪ to za skandal
dla jej spragnionej sza-cunku matki! Ojciec bywaá w domu rzadko, i bardzo dobrze, wybuchaá bowiem o byle co. On teĪ bardziej ceniá TullĊ.
Tulla wybieraáa siĊ na szkolny bal. Ojciec bez sáowa pro-testu dal jej pieniądze na nową sukienkĊ. Liv zastanawiaáa siĊ, co by powiedziaá, gdyby to
ona wystąpiáa z taką proĞEą.
Ale ona nie zamierzaáa niczego takiego robiü. TaĔce dla niej nie istniaáy.
Zaszáa tak daleko, Īe koĞcióá znajdowaá siĊ z tyáu za nią, ale nie zwracaáa na to uwagi. Dom i wszystko, co za sobą zo-stawiáa, naleĪDáo jakby do innej
epoki. Zresztą dobrze by by-áo, gdyby w domu musieli na nią trochĊ poczekaü.
Na brzegu byáo coraz wiĊcej kamieni, coraz trudniej iĞü. Lekka bryza wywoáywaáa delikatne krĊgi na wodzie koáo stóp Liv, a nad samą wodą unosiáy
siĊ chmary owadów. Kie-dyĞ, dawno temu Liv zmartwiáa siĊ, Īe bezradne biedactwa utoną, i delikatnie zbieraáa je znad wody tak dáugo, dopóki sobie nie
XĞwiadomiáa, Īe nic im nie grozi i Īe one same mogą z áatwoĞcią odlecieü. Ponad poroĞniĊtymi lasem zboczami wi-daü byáo w oddali pokryte Ğniegiem
szczyty gór, lĞniące in-tensywnie w blasku jesiennego sáRĔca.
Liv doszáa do miejsca na brzegu, któremu kiedyĞ nada-áa nazwĊ Gaj Ofiarny. Na páaskiej skalnej póáce rosáy tu czte-ry brzozy i skáonna do
niesamowitych i ponurych wizji wy-obraĨnia Liv podsuwaáa jej obrazy rytuaáów pogaĔskich, gdy w ofierze skáadano ludzką krew. Siedziaáa przez chwilĊ
na skale, a w jej gáowie káĊbiáy siĊ myĞli na przemian peáne Īalu, nienawiĞci, smutku i pragnienia zemsty.
Nigdzie nie jestem u siebie, nie naleĪĊ do Īadnej wspól-noty, uĪalaáa siĊ nad sobą, kiedy juĪ podniosáa siĊ z miejsca i zaczĊáa siĊ wspinaü po zboczu
ponad Gajem Ofiarnym. Tam znalazáa zaciszne miejsce, w którym mogáa siĊ poáRĪ\ü. Kto by siĊ przejmowaá, gdybym zginĊáa? Mama? Och, nie, nie
ona. A ojciec to by pewnie nawet niczego nie zauwaĪ\á. ChociaĪ moĪe by mu brakowaáo kogoĞ, na kim moĪna wy-áadowywaü záe humory. Finn? Phi! A
Tulla by pewnie powiedziaáa: „Tego wáDĞnie moĪna siĊ byáo po niej spodziewaü. WciąĪ chciaáa zwracaü na siebie uwagĊ!” Dawne koleĪanki szkolne
pogadaáyby o jej znikniĊciu dzieĔ czy dwa i zapo-mniaáy, Īe w ogóle istniaáa.
A potem znaleĨliby jej ciaáo. W jeziorze? Liv spojrza-áa znad krawĊdzi skalnego uskoku w dóá na fale toczące siĊ z cichym pluskiem do brzegu i do
niej. Nie, nie w jeziorze, to okropne. No ale przecieĪ w jakiĞ sposób musi umrzeü, wiĊc na razie moĪna pominąü ten szczegóá i pomyĞleü o tym, Īe
zostaáa znaleziona, blada i piĊkna. I wtedy wszyscy po-wiedzą: „Och, Liv, ona byáa taka samotna. Nie rozumieliĞmy jej, a teraz jest za póĨno”.
àzy zaczĊáy spáywaü jej z oczu i wpadaáy do uszu, leĪa-áa bowiem na plecach i wpatrywaáa siĊ w niebieskozielone sklepienie ponad swoją gáową.
No a potem pogrzeb... Caáa szkoáa peáni honorową wartĊ. To oczywiste, Īe caáa szkoáa bierze udziaá w uroczystoĞciach, mimo Īe Liv nie dotrwaáa do
koĔca nauki. Grają marsza Īa-áobnego Chopina. Finn wyciera nos. Matka ĪDáuje swego po-stĊpowania i szlocha rozpaczliwie. Wszystko jest tak
nie-ziemsko piĊkne. NajchĊtniej usiadáaby gdzieĞ na galerii i roz-koszowaáa siĊ... nie, do licha, tak nie wolno!
Liv odetchnĊáa gáĊboko i otaráa ázy. Zachichotaáa niepew-nie, po czym zamknĊáa oczy. Plusk fal byá taki usypiający. Tak rozkosznie byáo leĪHü na
VáRĔcu... Ciepáo, dobrze, sennie...
-
-
Nagle otworzyáa oczy. Co to za dziwne dĨwiĊki?
Nie umiaáa powiedzieü, czy spaáa naprawdĊ, czy tylko drzemaáa, sáRĔce zdawaáo siĊ staü w tym samym miejscu co przedtem.
Stuk, stuk - puk, puk.
Co to jest, na Boga? JakiĞ metaliczny dĨwiĊk, gdzieĞ bar-dzo blisko. OstroĪnie uniosáa gáowĊ i spojrzaáa poprzez kra-wĊGĨ skaáy w dóá.
Serce táukáo jej mocno, czuáa pulsowanie krwi na szyi.
W dole, na „ofiarnym placu”, siedziaá w kucki jakiĞ máody czáowiek i czymĞ w rodzaju pilnika obrabiaá kamieĔ. Liv patrzy-áa na niego z góry, pod
pewnym kątem, ale nie miaáa wątpliwoĞci: to najprzystojniejszy cháopak, jakiego kiedykolwiek wi-dziaáa. Oczy zrobiáy jej siĊ wielkie i okrąJáe jak oczy
dziecka przed oknem sklepu przystrojonym na BoĪe Narodzenie. Dla máodziutkiej Liv nieznajomy byá prawdziwym objawieniem.
Jego ciemnobrązowa skóra lĞniáa w sáRĔcu, wáosy miaá czarne, ale nie takie z odcieniem granatu, tylko brązowoczarne. Biaáa koszula z podwiniĊtymi
UĊkawami byáa odpiĊta pod szyją, a caáa sylwetka zdawaáa siĊ znakomicie wysportowa-na. O ile Liv mogáa z tej odlegáRĞci oceniü, nieznajomy miaá jakieĞ
dwadzieĞcia, dwadzieĞcia piĊü lat.
To czary, pomyĞlaáa. On nie naleĪy do rzeczywistego Ğwiata, jest wytworem mojej fantazji, pobudzonej nastrojem tego niezwykáego miejsca. MoĪe
jest jedną z ofiar, jaką záo-Īono w gaju...
Nagle uĞwiadomiáa sobie, czym zajmuje siĊ nieznajomy.
- Stop! - krzyknĊáa gáRĞno. - To niebezpieczne! Na kamie-niu ciąĪy przekleĔstwo!
Spojrzaá w górĊ, a kiedy zobaczyá jej rozczochraną gáowĊ ponad skaáą, zerwaá siĊ z miejsca.
Liv báyskawicznie zsunĊáa siĊ w dóá po zboczu, nie spusz-czając z obcego przestraszonych oczu.
Stali teraz naprzeciwko siebie. On wpatrywaá siĊ w nią z taką uwagą, jakby chciaá przeniknąü ją do gáĊbi i dowie-dzieü siĊ, kim jest. Liv takĪe patrzyáa
bez sáowa.
O ile z daleka widziaáa go bardzo wyraĨnie, to z bliska jakby przesáaniaáa go mgáa. Nie przypominaáĪadnego z jej znajomych, miaá wąskie, lekko
skoĞne oczy i bardzo áadne usta, ksztaátne, zaciĞniĊte z wyrazem stanowczoĞci i z jakimĞ lekkim uĞmieszkiem jak u fauna, twarz szczupáą z wysokimi
koĞümi policzkowymi i wyraĨnie zarysowanymi szczĊkami.
Liv uĞwiadomiáa sobie, Īe wpatruje siĊ w niego juĪ zbyt dáugo, wiĊc spáoszona i zakáopotana wykrztusiáa:
- Przepraszam, Īe tak krzyknĊáam. Nie chciaáam prze-szkadzaü.
Nieznajomy uĞmiechnąá siĊ z wyraĨQą ulgą. Poczuáa jakby strumieĔĪyczliwoĞci páynący od niego. Liv zatrzepotaáa rzĊsa-mi. Poczuáa skurcz w
gardle. Ze zdziwienia i z zachwytu.
- Co ty mówiáDĞ? ĩe kamieĔ jest przeklĊty? - W jego gáosie wyczuwaáa rozbawienie. - Dlaczego na takim kamieniu mia-áoby ciąĪ\ü przekleĔstwo?
Oczy Liv zrobiáy siĊ powaĪne, ale i niewinne zarazem. KaĪ-dy, kto ją znaá, natychmiast by zakoĔczyá tĊ rozmowĊ, do-strzegáby we wzroku dziewczyny
sygnaá ostrzegawczy.
- To jest gaj ofiarny - wyjaĞniáa. - Tutaj, na tej páaskiej skale, w czasach pogaĔskich odbywaáy siĊ rytualne mordy. JeĞli siĊ dobrze przyjrzeü, jeszcze
teraz moĪna zobaczyü pla-my krwi.
On jednak bez jakiegokolwiek szacunku dla tak niesamo-witego miejsca usiadá na ĞwiĊtym kamieniu i daá znak, by Liv zrobiáa to samo. Usiadáa,
zanim zdąĪ\áa siĊ zastanowiü.
- Nigdy o tym nie sáyszaáem - powiedziaá.
- To jasne - rozeĞmiaáa siĊ. - WymyĞliáam to przed chwilą.
Nieznajomy przyglądaá jej siĊ badawczo.
- Gdyby to rzeczywiĞcie miaá byü plac ofiarny, to nie ba-áabyĞ siĊ przychodziü tu sama?
Liv rozeĞmiaáa siĊ.
- A czyĪ nie jest tak, Īe szczególnie pociągają nas miejs-ca, których siĊ najbardziej boimy? Ja siĊĞmiertelnie bojĊ du-chów. A mimo to dosáownie
poáykam wszelkie historie o du-chach i trzĊVĊ siĊ z rozkosznego strachu, kiedy idĊ przez cmentarz. Dlatego teĪ czĊsto przychodzĊ tutaj... marzĊ o
stra-sznej przeszáRĞci tego miejsca... i dostajĊ gĊsiej skórki...
WyjĊáa z kieszeni dwa jabáka i podaáa mu jedno. RĊce miaá brązowe i Īylaste. PodziĊkowaá i wbiá zĊby w twardy owoc, nawet go przedtem nie otará, i
darowaá sobie teĪ beznadziej-ne komentarze o Ewie, która skusiáa jabákiem Adama. Liv lu-biáa go coraz bardziej.
- Masz racjĊ, rzeczywiĞcie tak jest, Īe czáowieka pociąga záo. Niestety... - powiedziaá. - Dobro na ogóá nie jest w cenie.
- A czy to nie dlatego, Īe záo jest zabawniejsze, bardziej podniecające?
Popatrzyá na nią i uĞmiechnąá siĊ.
- GdybyĞ miaáa wybieraü pomiĊdzy anioáem a demonem, to kogo byĞ wybraáa?
Liv zastanawiaáa siĊ chwilĊ.
- No cóĪ, archanioáy na przykáad bywają dosyü krewkie. PomyĞl choüby o Michale z odsáoniĊtym mieczem...
- OtóĪ i widzisz! Znowu to samo, miecz! To jedyne, co u anioáa wydaje ci siĊ pociągające! - Ğmiaá siĊ teraz gáRĞno.
- Nie, akurat nie o to mi chodziáo. Ale w ogóle to one mu-szą byü nudne. Taki brzdąkający na harfie, podobny do baran-ka anioá w nocnej koszuli, to
na dáXĪszą metĊ moĪe byü... no wiesz... Ale czy pociągają mnie demony...? Nie wiem, a zresz-tą, chyba tak. Smutne to, ale tak jest, wybraáabym
demona!
Nieznajomy spowaĪniaá.
- I tak jest z caáą ludzkoĞcią. LudzkoĞü nie chce mieü spo-koju, o którym wszyscy tyle gadają. Ci, którzy pragną na-prawdĊ walczyü o pokój, muszą
umrzeü. Podczas gdy podĪe-gacze wojenni Īyją.
Liv byáa uszczĊĞliwiona. Nareszcie spotkaáa kogoĞ, kto jej sáucha i kto z nią rozmawia. I w dodatku cóĪ to za czáowiek! Niemal nie miaáa odwagi na
eü, baáa siĊ, Īe on wy-czyta bez trudu w jej oczach zachwyt i uwielbienie.
- Mieszkasz gdzieĞ tutaj niedaleko? - zapytaá.
Ze smutkiem potrząsnĊáa gáową.
- Ja nie mam domu, niestety.
- Chcesz powiedzieü, Īe uciekáDĞ?
- Nie - westchnĊáa ciĊĪko. - Nie uciekáam. Moja rodzina nie chce mnie dáXĪej. Mają inną córkĊ, Ğliczną, jasnowáosą ni-czym anioá, kochają
Poprosili, Īebym sobie po-száa, nie mają na zbyciu uczuü, które mogliby przeznaczyü dla mnie.
Nie spuszczaá z niej sceptycznego spojrzenia.
Liv dodaáa ĪDáRĞnie:
- No, moĪe to nie caákiem prawda.
- Podejrzewam, Īe nie - wtrąciá. - Opowiedz teraz, jak to jest naprawdĊ.
I Liv opowiedziaáa. Z pewną dozą záRĞliwoĞci odmalowa-áa swój stosunek do matki i Tulli, o ojcu, jej zdaniem, nie by-áo w ogóle co mówiü.
Wspomniaáa teĪ o trudnoĞciach w kon-taktach z rówieĞnikami i z cháopcami w ogóle. Na temat Fin - na nie powiedziaáa ani sáowa z tego prostego
powodu, Īe caá-kiem o nim zapomniaáa.
Kiedy skoĔczyáa swoją biografiĊ, spojrzaáa na nieznajomego niepewnie; mówienie o sobie jest poĪyteczne, ale jakieĪ okrutne, iluzje gasną jedna po
drugiej.
- Skoro tak - rzeki ów wspaniaáy czáowiek w zadumie - sko-ro tak, to zastanawiam siĊ, jak mógábym ciĊ zakwalifikowaü.
- No jak? - zawoáDáa Liv zaciekawiona.
- Jako niepoprawną romantyczkĊ - rozeĞmiaá siĊ. - Pod pewnymi wzglĊdami okropnie niedojrzaáą jak na swój wiek. I z kolosalną potrzebą czuáRĞci.
Jak wielu innych spragnio-nych czuáRĞci, pociąga ciĊ brutalnoĞü i bezwzglĊdnoĞü.
- O, nie, tu siĊ mylisz! - oburzyáa siĊ Liv.
- Nic podobnego! To odwieczne marzenie kobiet, by zna-leĨü záote serce pod powáoką oscháRĞci i brutalnoĞci.
Odwróciá siĊ do niej i objąá ją ramieniem. Serce Liv zaczĊáo biü jak szalone. KrĊciáo jej siĊ w gáowie.
- BąGĨ ostroĪna - poradziá jej nieoczekiwanie stanowczo. - NaleĪysz do dziewcząt, które mogą sobie napytaü prawdzi-wej biedy. àatwo mieszasz
rzeczywistoĞü z wytworami fan-tazji, a jesteĞ tak wraĪliwa, Īe moĪesz zostaü gáĊboko zranio-na, kiedy przyjdzie ci poznaü róĪnicĊ.
- Zupeánie nie rozumiem, co chcesz powiedzieü. W Ulvodden nic siĊ przecieĪ nigdy nie dzieje.
- To prawda - rzeká dziwnie ochrypáym gáosem. - Ale to tym bardziej niebezpieczne, bo jeĞli siĊ nareszcie zdarzy coĞ „podniecającego”, to rzucisz siĊ
w to niczym üma lecąca do Ğwiatáa, prawda?
- O, tak, moĪesz byü pewien!
- A wiĊc nie rób tego! - ostrzegá i przycisnąá ją do siebie tak mocno, aĪ poczuáa ból w plecach. - BĊGą ciĊ pociągaü najróĪniejsze przygody, ale ty nie
jesteĞ jeszcze dostatecznie do-rosáa, by oceniü niebezpieczeĔstwo ani by ponieĞü konse-kwencje.
PuĞciá ją nagle i wstaá.
- A teraz bĊdzie najlepiej, jeĞli pójdziesz do domu - oĞwiad-czyá. - Mam tu jeszcze trochĊ do zrobienia. Znalazáem bardzo interesujące mineraáy.
Liv rozcieraáa bolące ramiĊ.
- Ty - powiedziaáa cieniutkim gáosem. - Ty tak wiele ro-zumiesz, czy moĪesz mi powiedzieü, dlaczego nikt mnie nie lubi? Dlaczego jestem taka
niemoĪliwa? ChcĊ byü dobra dla moich w domu, jesteĞmy przecieĪ rodziną, ale wciąĪ zacho-wujĊ siĊ tak beznadziejnie. NaprawdĊ nie rozumiem,
dlacze-go zawsze odpowiadam niegrzecznie i wznoszĊ pomiĊdzy ni-mi a sobą jakiĞ mur nie do przebycia. Bo to moja wina, je-stem pewna, zawsze
potem ĪDáujĊ, ale nie umiem byü miáa...
Patrzyá na nią z áagodnym uĞmiechem.
- NaprawdĊ tego nie rozumiesz? Ty jesteĞ wraĪliwą arty-styczną naturą, która, tak siĊ záRĪ\áo, przyszáa na Ğwiat w po-rządnej mieszczaĔskiej
rodzinie. Nie wiem, w czym siĊ wyrazi twój talent, moĪe jesteĞ uzdolniona malarsko, moĪe potrafisz pisaü...
Liv z zapaáem kiwaáa gáową.
- BĊdziesz kimĞ, jestem tego pewien. Próbuj pracowaü nad rozwojem swojej osobowoĞci, zamiast uĪalaü siĊ sama nad sobą i páakaü, Īe nikt ciĊ nie
rozumie. Zachowaáem siĊ wo-bec ciebie okrutnie?
Liv byáa do gáĊbi poruszona tym, Īe ktoĞ okazuje jej tyle zainteresowania, uĞmiechnĊáa siĊ blado, potem pomachaáa mu na poĪegnanie i pobiegáa w
stronĊ domu.
Z przeraĪeniem uĞwiadomiáa sobie, Īe nawet go nie zapy-taáa, jak siĊ nazywa. Skąd on siĊ tu wziąá? I dokąd siĊ wybie-ra? On zresztą teĪ nie znaá jej
nazwiska ani nie miaá pojĊcia, gdzie mieszka. Choü wiedziaá o niej wcale nie tak maáo, nie mógáby jej odszukaü.
Tylko Īe, oczywiĞcie, wcale jej szukaá nie bĊdzie. Poczu-áa skurcz w sercu. Taki mądry, taki Īyczliwy i wyrozumia-áy czáowiek! Byá odpowiedzią na
wszystkie jej marzenia o prawdziwym przyjacielu. RóĪnica wieku jest, rzecz jasna, trochĊ zbyt duĪa, ale przecieĪ nie ma mowy o Īadnych uczuciach, w
grĊ wchodzi jedynie przyjaĨĔ. A Īe on przy tym jest przystojny i peáen wdziĊku, to dodatkowy plus, choü nie naj-waĪniejszy.
WyobraĨnia Liv zaczĊáa snuü wspaniaáe sny na jawie, ma-rzenia przekraczające wszystko, co dotychczas wyĞniáa.
W umyĞle Liv dojrzewaá pewien plan.
Zaprosi go na szkolny bal w najbliĪszy piątek!
Plan napotykaá jedynie kilka drobnych przeszkód. Jak znaleĨü nieznajomego, Īeby przekazaü mu zaproszenie? I czy zdobĊdzie siĊ na odwagĊ, by
mu to powiedzieü?
ROZDZIAà II
Przy Ğniadaniu nastĊpnego ranka Liv zaczĊáa przygotowy-waü grunt do dziaáania, káDĞü fundamenty, jeĞli moĪna tak powiedzieü.
- Tato - zaczĊáa niepewnie. - Czy mogáabym sobie kupiü coĞ do ubrania?
Rodzina nie byáaby bardziej zdumiona, gdyby autobus wjechaá do ich kuchni. Tulla zakrztusiáa siĊ herbatą, a pani Larsen o maáo nie upuĞciáa filiĪanki.
Ojciec zastygá w bezru-chu z noĪem uniesionym nad talerzem.
- A na co ci nowe ubrania? - zapytaáa wreszcie Tulla, ga-piąc siĊ na siostrĊ z otwartymi ustami.
- Ja... Nie, potrzebne mi. Zwáaszcza wyjĞciowa sukienka.
Tulla zachichotaáa z pogardą, a Liv posáDáa jej peáne gnie-wu spojrzenie.
- AleĪ drogie dziecko - wtrąciáa mama. - Masz przecieĪ sukienek pod dostatkiem.
- Wcale nie, nic nie mam - odparáa Liv z zaciĊtoĞcią, bo wszystko wskazywaáo na to, Īe walka bĊdzie dáuga i trudna. - Mam tylko spodnie i swetry i
kilka paskudnych szkolnych sukienek po Tulli, i jeszcze tĊ niedzielną, którą po niej odzie-dziczyáam trzy lata temu.
- Ale ja nie mam pieniĊdzy, Īeby wyrzucaü na jeszcze jed-ną sukniĊ w tym tygodniu - zaprotestowaá ojciec. - Tulla wáDĞnie dostaáa sukienkĊ za
dwieĞcie koron.
- Czy nie mogáabyĞ w takim razie wziąü którejĞ ze starych sukienek Tulli? - zaproponowaáa mama. - Ta róĪowa ma za-ledwie kilka miesiĊcy, wcale
nie jest znoszona.
Liv przeáknĊáa ĞlinĊ i z uporem spojrzaáa na matkĊ.
- Nie chcĊĪadnej róĪowej sukni. Gdybym mogáa sama de-cydowaü o kolorze, to wybraáabym coĞ cháodniejszego, niebieski albo zielony, albo lila. A
najprawdopodobniej biaáy.
- Niebieski albo zielony dla ciebie? - wybuchnĊáa matka. - Ty przecieĪ...
- Ty przecieĪ masz ciemne wáosy i powinnaĞ nosiü czer-wony albo Īyáty, wiem, i dziĊkujĊ bardzo, juĪ to dawniej sáy-szaáam. Ale to nie pasuje ani do
mojej cery, ani do oczu. Nie moĪna przecieĪ dobieraü ubraĔ wyáącznie pod kolor wáosów!
Liv byáa wzburzona i zdecydowana przeprowadziü swoją wolĊ.
- No dobrze, ale gdzie masz zamiar w niej pójĞü? - zapy-taáa Tulla.
- Wybieram siĊ na szkolny bal - odparáa Liv stanowczo. - To nic, Īe juĪ tam nie chodzĊ. I powinnam teĪ coĞ zrobiü z wáosami, a poza tym muszĊ
kupiü nowe poĔczochy, bie-liznĊ i buty. I jeszcze potrzebny mi jest nowy sweter, bo juĪ nie mogĊ chodziü w tym prosiaczkowato róĪowym po Tulli. I
dziesiĊü koron na dwa bilety.
- Dwa? - krzyknĊáa Tulla. - A z kim to siĊ wybierasz, jeĞli áaska?
- Z jednym... przyjacielem - burknĊáa Liv. - On mi w pią-tek zwróci za bilet.
- Skąd ci siĊ nagle wziĊáa taka ochota na taĔce? Czy to nie przypadkiem jeden taki imieniem Finn jest przyczyną?
Liv odpowiedziaáa tylko wĞciekáym parskniĊciem.
- Nie o to chodzi - przerwaá ojciec. - Nie ma znaczenia, z kim chce pójĞü, bo i tak nie staü mnie na nowe ubranie. Ba-sta, koniec dyskusji!
Liv poczuáa pieczenie w oczach.
- W takim razie wezmĊ z mojej ksiąĪeczki oszczĊdnoĞciowej.
- Ani mi siĊ waĪ! - krzyknąá ojciec surowo. - Nie masz je-szcze prawa sama dysponowaü swoją ksiąĪeczką. A poza tym zostaniesz w domu. Skoro
nie chciaáo ci siĊ uczyü i musiaáDĞ przerwaü naukĊ, to nie masz czego szukaü na szkolnym balu!
Liv powiedziaáa cicho, bardzo zgnĊbiona:
- Zostaáam zabrana ze szkoáy dlatego, bo nie mogliĞcie znieĞü takiego wstydu, Īeby wasza córka powtarzaáa klasĊ. Czy nigdy wam nie przyszáo do
Jáowy, Īe moĪe ja nie jestem jeszcze dojrzaáa do tej klasy? GdybyĞcie dali mi rok, to jestem pewna, Īe wszystko uáRĪ\áoby siĊ bardzo dobrze. Prze-cieĪ
pisaáam najlepsze w klasie wypracowania z norweskie-go i pani powiedziaáa, Īe mam bardzo bogatą wyobraĨniĊ...
- O, tak, to jedyne, co masz - powiedziaáa Tulla záRĞliwie.
Inspektor Larsen wyglądaá, jakby chciaá siĊ nad czymĞ le-piej zastanowiü, mimo to oĞwiadczyá krótko:
- Trudno, nic na to nie poradzĊ, muszą ci wystarczyü ubra-nia, które masz. Tak áadnie wyglądaáy na Tulli, to dla ciebie teĪ powinny byü dobre.
-
-
Liv wstaáa.
siĊ, Īe to wszystko zaczyna przypominaü bajkĊ o Kopciuszku! - syknĊáa ze záRĞcią.
- Uff, ale romantyczne porównanie! - zachichotaáa Tulla szyderczo. - Z tą tylko róĪnicą, Īe nasz Kopciuszek Īadnego ksiĊcia nie znajdzie!
- Nie potrzebujĊ twojego gáupiego ksiĊcia - odparáa Liv i trzasnĊáa drzwiami kuchennymi tak, Īe szyby zadzwo-niáy w oknach.
Na górze w swoim pokoju usiadáa na krawĊdzi áyĪka i oparáa na rĊkach rozpalone policzki. Nienawidzi ich wszy-stkich, zebranych na dol
tworzą zwarty front prze-ciwko niej, odpychają ją od siebie. A tak marzyáa o tym ba-lu! Gdyby miaáa byü szczera, to musiaáaby przyznaü, Īe od-czuwaáa
mrowienie na plecach, kiedy sobie myĞlaáa, jakiego naprawdĊ wspaniaáego máodego czáowieka mogáaby zapre-zentowaü na zabawie! Ale nie tylko
dlatego chciaáa tam pójĞü. Cudownie byáo wyobraĪDü sobie, Īe pozostanie z nim przez caáy wieczór, bĊdzie z nim taĔczyü - z tym taĔcem to chyba
jednak nie taka gáupia sprawa - i on odprowadzi ją do do-mu... A potem ona, oczywiĞcie, nie pozwoli mu odejĞü. No tak, a gdyby jednak wziąü róĪową
sukienkĊ Tulli? Nie, nie chciaáa! Liv moĪe zostaü kimĞ, jeĞli tylko bĊdzie pracowaü nad rozwojem swojej osobowoĞci, powiedziaá nieznajomy. On pewnie
akurat nie ubrania miaá na myĞli, ale od czegoĞ trzeba przecieĪ zacząü.
Rozlegáo siĊ delikatne pukanie do drzwi i do pokoju weszáa mama.
- Liv - powiedziaáa trochĊ zakáopotana. - Chyba rozumiesz, Īe nie miaáam nic záego na myĞli wczoraj, kiedy rozmawiaáam z panią Nordsten. PrzecieĪ
wiesz, Īe ciebie takĪe bardzo ko-cham. Tak mi byáo przykro, kiedy odpowiedziaáDĞ mi niegrzecz-nie w obecnoĞci pani Nordsten. Chyba zdajesz sobie
sprawĊ?
Liv bez sáowa kiwaáa gáową.
Pani Larsen zagryzaáa górną wargĊ.
- MyĞlaáam o tym, co powiedziaáDĞ przed chwilą, Liv, i rze-czywiĞcie, ty nigdy nie miaáDĞ ubrania, które by byáo tylko two-je. MoĪe to siĊ wziĊáo stąd,
Īe nigdy nie okazywaáDĞ zaintereso-wania takimi sprawami. JeĞli masz ochotĊ iĞü na tĊ zabawĊ, to... ja mam trochĊ odáRĪonych pieniĊdzy. WáDĞciwie
powinniĞmy wymieniü firanki, ale myĞOĊ, Īe zabawa jest waĪniejsza. ProszĊ bardzo, weĨ pieniądze i kup sobie coĞ naprawdĊáadnego!
Liv zaskoczona braáa w milczeniu duĪe banknoty. Takiej sumy chyba jeszcze nigdy nie miaáa w rĊkach.
Matka wtrąciáa pospiesznie:
- A ten twój przyjaciel, z którym siĊ wybierasz, to jakiĞ sympatyczny cháopiec?
- Fantastyczny!
- No, mam nadziejĊ. Bo ty, niestety, masz upodobanie do skrajnoĞci. - Matka staáa przez chwilĊ niezdecydowana. - A poza tym mam nadziejĊ, Īe
EĊdziesz teraz grzeczna i nie bĊdziesz przyczyniaáa zmartwieĔ mamie i tatusiowi. Ja wiem, Īe mogáabyĞ uczyü siĊ prawie tak dobrze jak Tulla, gdybyĞ
siĊ tylko trochĊ postaraáa i nie byáa taka uparta. PomyĞl, ja-ka by to byáa radoĞü dla taty i mamy mieü dwie miáe i dobre dziewczynki!
Nawet to kazanie nie byáo w stanie zdáawiü radoĞci Liv.
- Mamo.
Pani Larsen byáa juĪ w drzwiach, ale odwróciáa siĊ.
- Tak?
- DziĊkujĊ. Bardzo ci dziĊkujĊ!
-
-
Liv biegaáa po sklepach tak dáugo, aĪ znalazáa wszystko, co chciaáa, zgodnie ze swoim gustem. Wieczorowa sukienka mia-áa takie zdumiewające
poáączenia kolorów, Īe pani Larsen jĊk-nĊáa na jej widok. Ale przeraĪenie trwaáo dopóty, dopóki Liv nie wáRĪ\áa sukienki.
- No... - powiedziaáa mama. - Nigdy bym nie przypusz-czaáa... Bardzo ci w niej áadnie! Nagle cera zrobiáa siĊ záocistobrunatna, a oczy nabraáy blasku!
Nie zdawaáam sobie sprawy, Īe masz takie niebieskie oczy! Liv, coĞ ty zrobiáa ze swoją figurą? Wyglądasz jak zupeánie dorosáa panna!
- Po prostu kupiáam odpowiedni rozmiar - wyjaĞniáa Liv. - Stare sukienki Tulli byáy na mnie zawsze trzy numery za maáe.
- Mój BoĪe - szeptaáa pani Larsen z podziwem i jakby tro-chĊ wzruszona.
- A zobacz tutaj - mówiáa Liv z zapaáem. - Nowy biaáy sweter i nowe spodnie. Nie bĊdziesz juĪ musiaáa mnie oglą-daü w tych za ciasnych dĪinsach. I
wiesz co, mamo? Ja siĊ przebraáam w sklepie, a kiedy száam potem ulicą, to cháopcy gwizdali na mój widok. Spotkaáam teĪ Finna, to taki facet, w którym
siĊ kiedyĞ podkochiwaáam. Nie zgadáabyĞ, ale wy-glądaá na kompletnie poraĪonego. Zapytaá, czy to ja jestem máodszą siostrą Tulli i gdzie siĊ
podziewaáam przez caáe je-go Īycie. Czy sáyszaáDĞ kiedyĞ coĞ bardziej zapierającego dech w piersi? Ale ja udaáam zakáopotaną i powiedziaáam:
„Wy-bacz mi, chyba jednak ciĊ nie znam. Czy ty jesteĞ jednym z wielbicieli Tulli? Masz moĪe na imiĊ Olav?” PowinnaĞ by-áa widzieü, jak mu ten
uwodzicielski uĞmieszek zamará na wargach. „Ja jestem Finn”, wykrztusiá i zanim zdąĪ\áam po-wiedzieü jeszcze coĞ obraĨliwego, zapytaá, czy bĊGĊ na
szkol-nym balu...
W tej chwili do domu wbiegáa Tulla.
- Jest tata?
- Nie ma, wáDĞnie pojechaá na dziaáNĊ - odparáa pani Lar-sen. - A o co chodzi?
- Nic takiego, chciaáam mu tylko powiedzieü, Īe nowi wáDĞciciele fabryki przyjadą za kilka tygodni.
- Jacy nowi wáDĞciciele? - zapytaáa Liv.
- A ty, jak zwykle, nigdy niczego nie wiesz - warknĊáa Tul-la niecierpliwie. - Pewnie nawet nie wiesz, Īe stary umará?
- Nie, to oczywiĞcie wiem, ale kto po nim odziedziczyá majątek?
Pani Larsen wyjaĞniáa:
- Miaá jakąĞ rodzinĊ w Danii i oni teraz przejĊli wszystko. Z wyjątkiem starego paáacu, który wáDĞciwie jest ruiną, wiĊc oni go nie chcą. Ma byü w
przyszáym tygodniu zburzony.
- O, to wspaniale! - zawoáDáa Liv. - To paskudztwo kom-pletnie nie pasowaáo do naszej okolicy. Jak ktoĞ mógá wybu-dowaü kamienny dom z
wieĪyczkami tutaj w górach? Tak strasznie pozbawiony gustu, Īe zawsze kiedy na niego pa-trzyáam, dostawaáam gĊsiej skórki.
Nagle Tulla zwróciáa uwagĊ na przemianĊ Liv.
- Liv ma nowy sweter? To dlaczego ja teĪ nie dostaáam? A jak ty wyglądasz! CoĞ ty, przeglądaáDĞ stare ubrania?
- Nie - odrzekáa Liv triumfująco. - To są caákiem nowe ubrania.
- Mamo, pytaáam, dlaczego ja teĪ nie dostaáam nowego swetra?
- A zastanów siĊ, co by to byáo, gdybym ja tak pytaáa za kaĪdym razem, kiedy ty dostajesz nowe ubranie - powiedzia-áa Liv.
- Czy wy zawsze musicie siĊ káóciü? - lamentowaáa pani Larsen zmartwiona. - Zastanawiam siĊ, czy inne rodzeĔstwa teĪ siĊ tak nie lubią jak wy. Liv
zasáXĪ\áa sobie juĪ dawno na nowe ubrania, poza tym uwaĪam, Īe w tym swetrze jest jej wyjątkowo do twarzy. A gdybyĞ ją jeszcze zobaczyáa w
su-kience! Kolory naprawdĊ szokujące, ale jej jest w tym zna-komicie.
- To ona sukienkĊ teĪ dostaáa? Ile wáDĞciwie kupuje siĊ tej smarkuli?
- Tulla, moja droga - jąkaáa pani Larsen. - Ja ciĊ nie po-znajĊ, zawsze taka grzeczna i miáa.
Tak, grzeczna i miáa, kiedy wszyscy koáo niej skaczą, to owszem, pomyĞlaáa Liv.
I znowu zostaáa poddana przesáuchaniom na temat tego, kto ma jej towarzyszyü na szkolną zabawĊ. Matki są zdumie-wające. Boją siĊĞmiertelnie,
Īe córki nie bĊGą miaáy powo-dzenia u cháopców, ale niech no siĊ jaki pojawi, to boją siĊ jeszcze bardziej. To, Īe Tulla miaáa mnóstwo wielbicieli, by-áo
czymĞ caákiem naturalnym i nie wzbudzaáo niepokoju, Tulla jest przecieĪ rozsądną panną. Ale kiedy teraz Liv szepnĊáa sáówko o kimĞ obcym, matka
natychmiast zaczĊáa podej-rzewaü, Īe to jakieĞ monstrum. Tulla po prostu nie uwierzy-áa w jego istnienie, a Liv w chwilach zwątpienia skáonna by-áa
przyznaü jej racjĊ.
Wczesnym popoáudniem Liv uznaáa jednak, Īe nastaáa od-powiednia pora, i pobiegáa na brzeg. Przeszáa przez te idio-tyczne falochrony, okrąĪ\áa
wydáXĪony cypel i zbliĪDáa siĊ do brzozowego gaju. A jeĞli on odmówi? A jeĞli nie bĊdzie mógá albo caákiem po prostu nie bĊdzie chciaá pójĞü z nią na
zabawĊ? No nie, musi chcieü! Tak im siĊ dobrze ze sobą roz-mawiaáo, byli wobec siebie tacy szczerzy. WiĊc jeĞli Liv po-prosi naprawdĊáadnie...
Okropnie zdyszana dotaráa do szczytu wzniesienia ponad czterema brzozami, gdzie widziaáa go po raz ostatni.
Fale z pluskiem omywaáy brzeg, ale brzeg byá pusty.
Wiaáo duĪo bardziej niĪ poprzedniego dnia, powietrze by-áo ostre, caákiem juĪ jesienne. Liv staáa bez ruchu, rozczaro-wanie narastaáo, podchodziáo do
serca, dwa bilety w kiesze-ni byáy jak szyderstwo.
Ale chwileczkĊ, przecieĪ wtedy siĊ zdrzemnĊáa, dopiero póĨniej go zobaczyáa. MoĪe wiĊc i dzisiaj powinna poczekaü! Zbiegáa na brzeg, pokrĊciáa siĊ
trochĊ na granicy wody, po-tem usiadáa w malowniczej pozie na kamieniu, wstaáa zno-wu i próbowaáa odnaleĨüĞlady nieznajomego na piasku
po-miĊdzy kamieniami i w trawie nieco wyĪej. Miaáa wraĪenie, Īe chodząc po Ğladach dowie siĊ o nim czegoĞ wiĊcej, ale po-szukiwania okazaáy siĊ
daremne.
Kiedy sáRĔce zaczĊáo siĊ chyliü ku zachodowi, dla wszel-kiej pewnoĞci po raz chyba setny wspiĊáa siĊ na szczyt wzgó-rza, by rozejrzeü siĊ po
okolicy. PoroĞniĊte ciemnym borem zbocze leĪDáo pogrąĪone w mroku i ciszy, w oddali w ostat-nich promieniach sáRĔca mieniá siĊ wodospad, a pod nią
brzozy zdawaáy siĊ wisieü nad wodą, ciche jakby ubolewaáy, Īe nic nie mogą pomóc. I nigdzie Īywej duszy.
Ponure, odosobnione miejsce i zapadający mrok oddzia-áywaáy na wyobraĨniĊ Liv. Staáa wysoko, bezradna i przemar-zniĊta. Teraz byáo za póĨno, on
juĪ nie przyjdzie. SáRĔce leĪDáo na linii horyzontu, dzieĔ dobiegá koĔca.
A moĪe nieznajomy przyjdzie jutro? A moĪe nigdy, bo mógá przecieĪ wyjechaü stąd na zawsze... Ona opowiedzia-áa mu wszystko o swoim Īyciu, ale
on... On nie powiedziaá ani sáowa o swoim. Jakie to typowe dla niej, zajĊtej przede wszystkim sobą i roztrzepanej! Dlaczego o nic nie zapytaáa? Bo nie
chciaáa siĊ naprzykrzaü, ale moĪe on uznaá to za kom-pletny brak zainteresowania z jej strony. On, najsympatycz-niejszy, najmilszy máody czáowiek,
jakiego kiedykolwiek spotkaáa. On, który mógá staü siĊ tym przyjacielem, o jakim od zawsze marzyáa i za którym tĊskniáa...
A teraz koniec. Tylko jedno krótkie popoáudnie, a potem juĪ nic wiĊcej. Teraz byáa jeszcze bardziej samotna niĪ przedtem.
W ponurym nastroju zaczĊáa ciskaü kamieniami w kierun-ku zachodzącego sáRĔca. Z pluskiem wpadaáy do wody, na ogóá kilka metrów od brzegu.
I co w tej sytuacji pocznie z tym drugim biletem? A ubra-nia? Na dodatek zamówiáa sobie wizytĊ u fryzjera. I u manikiurzystki...
Nagle coĞ mignĊáo jej w oddali...
Najzupeániej przypadkiem spojrzaáa w tamtą stronĊ, wzdáXĪ brzegu ku odlegáym borom i pustkowiu. DrgnĊáa i zaczĊáa siĊ przyglądaü uwaĪniej.
NaprawdĊ coĞ siĊ poruszaáo w lesie nad brzegiem.
O, teraz znowu! JakiĞ ruch... coraz bliĪej i po chwili na skraju lasu ukazaá siĊ czáowiek. CiĊĪko, z wielkim wysiákiem biegá ku niej. Raz po r
atrywaá cze-goĞ z tyáu za sobą. I wtedy Liv odkryáa coĞ jeszcze. Daleko za nim biegáo dwóch innych mĊĪczyzn.
Liv zmarszczyáa czoáo. RzeczywiĞcie, tamci dwaj gonili pierwszego, na to wyglądaáo. Jak na filmie. Liv podniecona obserwowaáa wydarzenia i
wyobraĪDáa sobie, Īe wie, o co cho-dzi. OtóĪ uciekający mĊĪczyzna byá záodziejem bydáa, Ğcigaá go szeryf ze swoim pomocnikiem. I szeryf miaá,
oczywiĞcie, strzelbĊ. No wáDĞnie! Jeden z goniących miaá strzelbĊ. Szeryf zatrzymaá siĊ, by wycelowaü. PrzyáRĪ\á broĔ do policzka...
Rozlegá siĊ strzaá, záodziej bydáa zamachaá rĊkami w po-wietrzu, potoczyá siĊ w przód i legá bez ruchu na ziemi.
Szeryf z pomocnikiem dopadli lasu i zniknĊli.
Liv odetchnĊáa. Jej myĞli z wolna powracaáy do rzeczywi-stoĞci.
O BoĪe, ale to przecieĪ nie byá film! Staáa na brzegu nie-daleko Ulvodden. Ale w takim razie ten czáowiek...
O BoĪe!
Czy to jakieĞ zaczarowane miejsce? myĞlaáa w panice, pĊ-dząc wzdáXĪ brzegu w stronĊ leĪącego. Jednego dnia spoty-ka siĊ jakiegoĞ przybysza nie
wiadomo skąd, który okazuje siĊ wspaniaáym przyjacielem, a drugiego jest siĊĞwiadkiem, no wáDĞnie, czego? Morderstwa?
Nie, nie! OczywiĞcie, Īe to nie morderstwo. Takie rzeczy siĊ w Ulvodden nie zdarzają. Ale, w takim razie, co?
Kiedy zdyszana dobiegáa do miejsca, w którym czáowiek upadá, odkryáa natychmiast, Īe tu rzeczywiĞcie chodzi o mor-derstwo. PojĊcia nie miaáa, jak
naleĪy postĊpowaü z rannymi, zresztą widziaáa tylko ciemną plamĊ wokóáĞladu po kuli na je-go áopatce, wiĊc sztywna z przeraĪenia odwróciáa leĪącego
na plecy. Byá to krĊpy mĊĪczyzna lat okoáo piĊüdziesiĊciu i Liv go znaáa. ChociaĪ nie umiaáaby powiedzieü, co on robi w Ulvodden. Nazywaá siĊ Berger i
miaá dziaáNĊ niedaleko dziaáki Larsenów wysoko w Manedalen. To wáDĞnie tam pojechaá dzisiaj ojciec Liv, miaá zamiar polowaü w górach.
Berger dawaá sáabe oznaki Īycia i Liv rozglądaáa siĊ roz-paczliwie wokóá.
Co robiü? myĞlaáa przeraĪona. Co ja mam robiü? On po-trzebuje jak najszybciej pomocy, a ja...
Nagle ranny otworzyá oczy i patrzyá na nią mĊtnym wzro-kiem.
- Liv - jĊknąá ledwie dosáyszalnie. - Liv, musisz pomóc...
- Tak, tak - powiedziaáa i uklĊNáa przy nim. Nigdy jeszcze nie baáa siĊ tak bardzo. - Czy mam sprowadziü doktora?
Potrząsnąá gáową.
- Nie ma czasu. Nie idĨ... Poczekaj...
KlĊczaáa dalej nie wiedząc, co począü, a on z wysiákiem áapaá powietrze.
- Liv - jĊknąá znowu. - Sáuchaj mnie dobrze...
- Tak. Sáucham, sáucham - odparáa nerwowo.
- PrzestĊpstwo... Straszne przestĊpstwo zostaáo popeánio-ne w Ulvod...
Reszta zdania utonĊáa w okropnym kaszlu. Liv ku swemu najwiĊkszemu przeraĪeniu stwierdziáa, Īe z kącika ust ranne-go spáywa struĪka krwi. Otaráa
Mą pospiesznie, chora z obrzy-dzenia pomieszanego ze wspóáczuciem, i czekaáa.
Berger z najwiĊkszym wysiákiem mówiá dalej:
- Znany czáowiek... Przeciw wielu ludziom... Ja byáem z nim. Ponury czyn... Ja ĪDáujĊ. Chciaáem siĊ wyáączyü. Chcia-áem do lensmana. Ale dopadli
mnie, tutaj...
Teraz Liv juĪ prawie nie sáyszaáa, co mówi. Musiaáa siĊ po-chyliü nad jego wykrzywioną twarzą.
- Papiery, Liv. Schowaáem je. Wiesz gdzie. KamieĔ - dziura. Rozumiesz?
Liv zastanowiáa siĊ chwilkĊ i skinĊáa gáową.
- Wiem, w tym kamieniu, który znaleĨliĞmy w górach. Pan i ja z moim tatą.
- Schowaáem je, Liv! Oddaj lensmanowi albo swojemu ta-cie. Nikomu innemu. Ja je tam schowaáem, a oni mnie goni-li... caáy...
- Kim oni są? - zapytaáa bez tchu.
- Dwóch ludzi... Nie wiem... To chodzi o... Arv... ida An...
Koniec nadszedá nagle i byá straszny. Liv musiaáa siĊ od-wróciü.
Na brzegu panowaáa taka dziwna cisza. Liv wciąĪ klĊczaáa, nie mogáa ruszyü ani rĊNą, ani nogą, nie byáa w stanie zebraü myĞli. JakieĞ oderwane
Váowa i fragmenty zdaĔ wirowaáy jej w gáowie.
Przygoda, napiĊcie... Czy to naprawdĊ takie interesujące przeĪycia? MoĪliwe, ale nie w ten sposób. Sama ze Ğmiercią na pustym brzegu. ĝmierü jest
ponura, myĞlaáa. Berger byá sympatyczny, a ja nie mogáam nic zrobiü, by mu pomóc. By-áam jak sparaliĪowana ze strachu. Lensman. Papiery. Nie znam
Bergera za dobrze. Ojciec jest na polowaniu w Manedalen. Wolaáabym, Īeby nie byá myĞliwym. Mam skurcze w áydkach. MuszĊ stąd uciekaü, jak
najszybciej dostaü siĊ do lensmana. KtoĞ powinien zająü siĊ Bergerem. PrzestĊpstwo? Jakie przestĊpstwo? Znany czáowiek? Arvid? Kim jest Arvid?
Andersen? Najbardziej bym chciaáa, Īeby siĊ tu zjawiá mój wczorajszy przyjaciel.
OtrząsnĊáa siĊ z odrĊtwienia. Nie przemogáa siĊ, by raz je-szcze spojrzeü na trupa, chociaĪ przecieĪ powinna chyba coĞ dla niego zrobiü, zamknąü
powieki albo otrzeü... Nie, nie byáa w stanie.
Jak ĪDáRĞnie tchórzliwy jest czáowiek, myĞlaáa ogarniĊta gáĊboką niechĊcią do samej siebie. A ten, kto najgáRĞniej krzy-czy o przygodach i napiĊciu,
jest najwiĊkszym tchórzem.
-
-
Liv byáa bardzo wysportowana i potrafiáa szybko biegaü.
Tym razem jednak nie doĞü szybko. Kiedy biegáa co siá w nogach ku osadzie, po przewodach telefonicznych páynĊáa wiadomoĞü...
Jeden z najznakomitszych mieszkaĔców Ulvodden pod-niósá sáuchawkĊ. Wyraz lodowatej powagi pojawiá siĊ na je-go twarzy, kiedy zdaá sobie
sprawĊ z tego, kto dzwoni.
- No? - zapytaá krótko.
- ZaáatwiliĞmy go. Na brzegu, kawaáek za cyplem. Od jed-nego strzaáu.
- ĩadnych Ğwiadków?
- Nie. To znaczy dziewczyna tamtĊdy przebiegáa w chwilĊ póĨniej. Mogáa znaleĨü trupa. Ale zjawiáa siĊ chyba za póĨno, Īeby widzieü, co siĊ staáo.
Kiedy Stein strzelaá, nie byáo w po-bliĪu Īywej duszy, mogĊ przysiąc.
0ĊĪczyzna zakląá gáRĞno.
- Usunąü mi zwáoki! Na zawsze. Idioci, powinniĞcie byli sami o to zadbaü natychmiast potem. A co z dziewczyną?
- Pobiegáa do osady, moĪe do lensmana, a moĪe powiedzieü mamie, co siĊ staáo? Ha, ha!
- Opisz, jak wyglądaáa!
- Nie widzieliĞmy dokáadnie, byáo za daleko. Ale taka tam, nastolatka. Czarne wáosy krótko przyciĊte, biaáy sweter i nie-bieskie spodnie. Zdaje mi siĊ,
Īe miaáa sandaáy na bose nogi.
Pogardliwy uĞmieszek wypáynąá na wargi czáowieka przy telefonie.
- JeĪeli to ta, o której myĞOĊ, to sprawa bĊdzie prosta. Wy-gląda, Īe to Liv Larsen, notoryczna káamczucha. Jej nikt nie uwierzy w ani jedno sáowo. A
poza tym ja siĊ nią zajmĊ. Wy zróbcie porządek z tamtym!
OdáRĪ\á sáuchawkĊ i przez chwilĊ siedziaá pogrąĪony w po-nurym skupieniu. Liv Larsen... Nie naleĪy do tych, co biegają na skargĊ do mamusi...
Wstaá i wyszedá do przedpokoju.
- Kochanie, wychodzĊ na chwilĊ - zawoáDá w górĊ scho-dów. - Poza tym obiecaáem lensmanowi Lianowi, Īe wstąpiĊ do niego dziĞ wieczorem.
Liv byáa zdyszana i kolana siĊ pod nią uginaáy, kiedy na-reszcie znalazáa siĊ w domu lensmana. Czekaáa z niecierpli-woĞcią, on jednak rozmawiaá ze
swoimi goĞümi, trzema naj-bardziej szanowanymi obywatelami osady, którzy najwy-raĨniej dyskutowali o budowie nowej fabryki.
- W nastĊpną sobotĊ wysadzimy tĊ starą ruinĊ w powie-trze - mówiá inĪynier Garden. - Nie ma sensu traciü czasu na rozbiórkĊ kamieĔ po kamieniu.
Jego zimna surowa twarz znajdowaáa siĊ w cieniu, siedziaá odwrócony plecami w stronĊ okna. Liv zawsze siĊ baáa inĪy-niera Gardena. Byá
dyrektorem fabryki, przeáRĪonym jej oj-ca, Liv nigdy nie widziaáa, Īeby siĊ uĞmiechaá.
- No tak, w takim razie bĊdziecie mogli szybciej za-cząü budowĊ nowej fabryki - rzeká adwokat Sundt, który sie-dziaá wygodnie oparty w fotelu.
Liv bardzo dobrze znaáa adwokata, w Ulvodden ludzie przewaĪnie dobrze siĊ znają. To sympatyczny pan, typ do-brego wujaszka, miaá jednak
znaczne wpáywy i cieszyá siĊ wielkim szacunkiem; zasiadaá niemal we wszystkich radach i zarządach w okolicy. Budziá respekt, choü Liv uwaĪDáa, Īe
doĞü obrzydliwie wygląda jego podwójny podbródek i du-Īy, sterczący brzuch.
Trzeci z goĞci byá jej starym znajomym, byá to mianowi-cie dyrektor szkoáy, który zasiadaá jednoczeĞnie w radzie gminnej w Ulvodden. Koledzy Liv
twierdzili, Īe dyrektor jest tak naprawdĊ bardzo sympatyczny, ale poniewaĪ jego znajo-moĞü z Liv sprowadzaáa siĊ gáównie do spotkaĔ w dyrektor-skim
gabinecie, kiedy Liv znowu coĞ zbroiáa, ona sama nie Īywiáa dla niego przyjaznych uczuü. Byá to nieduĪy, energiczny pan, raczej nieskáonny do
wylewnoĞci. Nawet kiedy siĊ uĞmiechaá, sprawiaá wraĪenie zamkniĊtego w sobie.
Lensman zwróciá siĊ do Liv.
- Wygląda na to, Īe masz coĞ pilnego - powiedziaá przy-jaĨnie.
Liv nerwowo spojrzaáa na trzech szacownych goĞci.
- MoĪe ciĊ nasza obecnoĞü krĊpuje? - zapytaá sympatycz-ny adwokat Sundt.
- Nie, nie, wcale nie - zaprotestowaáa pospiesznie, choü myĞlaáa coĞ dokáadnie odwrotnego. - Panie lensmanie, ja przed chwilą widziaáam, jak
zamordowano czáowieka!
- Opowiedz, jak to byáo - rzeká lensman bezbarwnym gáosem.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jajeczko.pev.pl